Wydaje mi się, że umiem akwarelą namalować Drzewo, że te wszystkie lata z pędzlem wyćwiczyły i rękę i myślenie. Dotarłam do jakiejś niewidzialnej mety. Osiągnęłam cel. Potrafię, bo przecież wszyscy chwalą, jakie takie piękne, bo kupują a to najlepszy dowód, że im się podoba.
Maluję więc - różnie oświetlone, zamglone lub pokryte szadzią - niby inne a jednak wciąż to samo. Drzewo. I dochodzi do mnie, że już nie potrafię się tym cieszyć. Jest poprawnie, bez zarzutu, JEST i nic poza tym.
Bo satysfakcja z zamalowanej kartki płynie wówczas gdy coś się udało, wzięłam się za coś trudnego i podołałam temu, walczyłam i wygrałam. Jest się z czego cieszyć. Cóż to za osiągnięcie - kolejne Drzewo? To nie tworzenie a odtwarzanie - bez dreszczyka emocji, niepewności efektów, ciekawości: czy wyjdzie? i CO wyjdzie ...
Takie życie na ruchomych schodach - trzeba biec do przodu by chociaż nie tracić, aby się nie cofać. Nie ryzykuję, nie próbuję, nie podejmuję wyzwań - zostaję z niczym, z Drzewem i świadomością, że może być gorzej.
Dlatego szukam. A każdy nowy pomysł: na temat, na kolor, na sposób są prześwitem, jasną drogą w lesie pełnym Drzew, w gąszczu znudzenia.

Dylematów część pierwsza - DRZEWO
Dlaczego własnie nibybiel ? ... bo to pierwszy nick, którego używałam - myślę, że trafnie dobrany i ze względów sentymentalnych ważny. Witam serdecznie wszystkich odwiedzających :) 

Komentarze
Nie musi być to trwałe ale taki "wyskok" na chwilę daje nam siłę do dalszych działań i pokazuje że zawsze jest jakieś wyzwanie którego jeszcze nie podjęliśmy...