Bardziej klasycznie, delikatniej - drobne listki, cienkie gałązki, gładkie przejścia między kolorami, jednym słowem - przeprosiłam się z pędzlem. Taki powrót do korzeni, do malarstwa o łagodniejszej naturze.
Kiedyś tam "odkryłam" szpachelkę i przez kilkadziesiąt obrazów olejnych pozostałam jej wierna. Podobały mi się te nieregularne plamy farby, pewna nieprzewidywalność, przypadkowość. Nie przeszkadzało mi, że tak trudno wymodelować nią gałęzie drzew, źdźbła traw, precyzyjne detale.
Sięgając do olej po kolejnej, długiej przerwie odkryłam, że ta "wyszpachlowana" chropowatość zaczęła mi przeszkadzać, nie miałam ochoty na tworzenie szorstkich i najeżonych od zaschniętej farby obrazów. Złagodniałam? :)
Pędzel stał się oczywistą konsekwencją, narzędziem zmian.
Nadal moje oleje są impastowane i nadal używam szpachli - nie pokrywam już jednak przy jej pomocy całej powierzchni obrazu.
Poniżej dwa przykłady: obraz "Leśne światło" inspirowany pięknym zdjęciem Arniki oraz "Makowe słońce" w wersji malowanej wyłącznie szpachlą i drugiej, nieco wygładzonej pędzlem.
Palcem po płótnie - szpachla czy pędzel?
Dlaczego własnie nibybiel ? ... bo to pierwszy nick, którego używałam - myślę, że trafnie dobrany i ze względów sentymentalnych ważny. Witam serdecznie wszystkich odwiedzających :) 
